Guillermo del Toro to jedna z tych postaci w kinie, które budzą mieszane uczucia. Jego filmy po jednym obejrzeniu zazwyczaj dzielą widzów na dwa obozy: z jednej strony znajdują się ci, którzy rozkoszują się jego wizją, a z drugiej ci, którzy kpią, twierdząc, że już widzieli takie horrory trzydzieści razy – tylko bez kolorowego makijażu. Najnowszym przykładem tej estetycznej rozgrywki jest „Crimson Peak”, który mimo zapowiedzi jako mroczny horror, w rzeczywistości okazał się gotyckim romansem w stylu „Wzgórza Krawędzi”. Warto zauważyć, że największe ilości krwi marnują się na efektowne scenografie. W końcu, co takiego strasznego można dostrzec, skoro nawet złoczyńcy nie sprawiają wrażenia, że właśnie zjedli swoją ofiarę z duszą i wyłupili jej oczy?
Fani horrorów oczekują, że ich ulubione filmy będą pełne strachu, krwi oraz chwytających za gardło emocji. Tymczasem del Toro serwuje historię Edith i jej niezwykle złożonych „mężów”, wykreowaną na modłę „mrocznej baśni”. Niestety, bardziej przypomina ona kolorową bajkę niż prawdziwy dreszczowiec. Zamiast dźwięków przejmujących groanów w ciemnej piwnicy, dostajemy obciachowe melodie, które skutkują brakiem strachu nawet w momentach, gdy Lucille skacze z nożem. Faktycznie, krwawienie w tym filmie odbywa się w stylu „Jak zjeść ciastko i mieć ciastko”, gdzie bohaterowie przesiadują na krwistych wzgórzach, a całość jedynie stanowi nastrojową oprawę dla gotyckiego romansu.
Gdzie te emocje, czyli gotycki zjazd?
„Opuściłam serce w Darku – i to wróciło!” – to chyba najlepszy komentarz podsumowujący, jak wygląda horror w wykonaniu del Toro. Zamiast zasiadać w kinie z duszą na ramieniu, świat zjaw pojawia się w pastelowych kolorach. Nawet Lucille, która na początku zapowiada się na niezłą bestię, w końcu biega po domu jak szalona, co przywodzi na myśl reklamę napoju energetyzującego, a nie mroczne oblicze zbrodni. Niestety, w tym momencie zaczyna się rozczarowanie: kiedy miało być przerażająco, kończy się na „ktoś wpadł na pomysł, aby robić przerażające reklamy”. Mimo że można skrytykować del Toro za jego estetyczną dekonstrukcję, warto zauważyć, że jego filmy stanowią zgrabnie skomponowane obrazy, pełne pięknych kadrów oraz wizualnej oprawy. Ciekawe, czy po krwistym wtórniku w stylu „Crimson Peak” powstanie dokumentalny obrazek o tym, jak zaprojektować krew – bo to przecież znacznie bardziej interesujące!
Ostatecznie, tacy twórcy jak del Toro uczą nas, że nie tylko strach można zrealizować poprzez krwawe efekty, ale również poprzez różnorodną estetykę i emocjonalne zawirowania. Niestety, w przypadku „Crimson Peak” balans się załamał – w strefie grozy zapanowała kompletna niemoc i chaos. I chociaż fani horrorów mogą krzyczeć: „Gdzie te emocje?!”, to del Toro po prostu utkał swoją wizję, która dla niektórych stanie się zachwytem, a dla innych zawodem. Pozostaje nam mieć nadzieję, że następnym razem wykrzesa z siebie odrobinę tego mrocznego blasku, bo z takim rozgadanym pomysłem jeszcze nie raz nas zaskoczy!
Oto kilka kluczowych elementów, które można zauważyć w filmie „Crimson Peak”:
- Estetyka gotycka i barwne scenografie
- Skupienie na relacjach międzyludzkich zamiast strachu
- Przewidywalność fabuły
- Brak intensywnych emocji, które występują w tradycyjnych horrorach
| Element | Opis |
|---|---|
| Estetyka gotycka | Film charakteryzuje się barwnymi scenografiami oraz stylistyką gotycką. |
| Relacje międzyludzkie | Skupienie na złożonych relacjach między bohaterami, co przysłania elementy strachu. |
| Przewidywalność fabuły | Fabuła jest uważana za przewidywalną w porównaniu do tradycyjnych horrorów. |
| Brak intensywnych emocji | Film nie dostarcza silnych emocji, które są charakterystyczne dla klasycznych horrorów. |
Ciekawostką jest, że Guillermo del Toro, mimo że jest uznawany za mistrza opowiadania mrocznych historii, często wykorzystuje w swoich filmach elementy baśniowe oraz estetyczne detale, które wprowadzają widza w inny, surrealistyczny świat, co może sprawić, że tradycyjni fani horroru czują się zdezorientowani co do rzeczywistych intencji artysty.
Przekraczanie granic: Tematy tabu w „Wzgórzu krwi” a reakcje krytyków
Przed nami prawdziwa uczta dla miłośników przesadnych dramatów oraz mrocznych tajemnic! „Wzgórze krwi”, które wyreżyserował Guillermo del Toro, stara się przekroczyć granice gatunku, wprowadzając widza w świat pełen gotyckiego szaleństwa. Choć zwiastuny obiecują przerażający horror, w rzeczywistości otrzymujemy mieszankę estrady i psychologii, w której zbrodnie oraz sekrety rodzinne łączą się w nieszczęśliwy sposób, tak jak Lucille i Thomas Sharpe. Owszem, film zawiera mroczne zakamarki, upiory krążące po domostwie oraz krwawe intrygi, jednak widzowie niejednokrotnie czują się jak w trasie po najbardziej nieudolnej wystawie lamparczej, a nie w groźnym świecie prawdziwych horrorów.
Kiedy ktokolwiek zasiądzie przed ekranem, na pewno nie raz złapie się na tym, że emocje, które powinny towarzyszyć seansowi, plączą się gdzieś zupełnie inaczej – na przykład w reklamie baterii Duracell. Scena, w której Lucille, ranna i osłabiona, wciąż szaleje z groźnymi intrygami, bardziej przypomina zapaloną biegaczkę, która testuje swoją wytrzymałość, niż zabójczynię. Krytycy nieprzypadkowo zauważają, że zamiast przerażenia, uczucie zniecierpliwienia staje się zdecydowanie bardziej dominujące. Nie ma co się dziwić, bo kto by pomyślał, że krew można tak łatwo zignorować w trakcie biegu?
Jednak nie warto załamywać rąk! Estetyka „Wzgórza krwi” stoi na wysokości zadania i stanowi prawdziwą ucztę dla oczu. Przepiękne kadry, eleganckie kostiumy oraz mroczne wnętrza przypominają nam, dlaczego w ogóle zainteresowaliśmy się tym filmem. Dlatego właśnie krytycy dzielą się na dwa obozy: jedni zachwycają się wizualnymi aspektami, inni zmagają się z monotonnością fabuły. Ostatecznie można stwierdzić, że del Toro umie wciągnąć nas w swoje mroczne wizje skuteczniej niż niejedna szaleńcza scena, która, umówmy się, powinna pojawić się w każdym dobrym horrorze.
„Wzgórze krwi” okazuje się filmem, który usiłuje grać na emocjach widza, jednak w pewnym momencie zamiast serca, skrycie grozi zawał ze śmiechu. Dlatego, mimo że mieliśmy nadzieję na zapierające dech w piersiach przerażenie, bardziej przypomina to spotkanie z zapomnianym, ekscentrycznym członkiem rodziny, który snuje opowieści tak nieprawdopodobne, że głowa pęka od nadmiaru informacji. Tak czy inaczej, seans zapadnie w pamięć – niezależnie od tego, czy wywoła strach, śmiech, czy po prostu zmusi do wertowania listy filmów na wieczór.
Poniżej przedstawiam kilka głównych tematów i wrażeń związanych z „Wzgórzem krwi”:
- Przesadność dramatów i mroczne tajemnice
- Mieszanka horroru z elementami psychologii
- Estetyka i wizualne aspekty filmu
- Kontrast między oczekiwanym przerażeniem a uczuciem zniecierpliwienia
- Wrażenia z seansu jako niezapomniane doświadczenie
Odbiór publiczności: Dlaczego widzowie są podzieleni w ocenie nowego dzieła del Toro?

Wielu fanów Guillermo del Toro z niecierpliwością oczekiwało na premierę jego nowego filmu. Gdy w końcu pojawił się „Crimson Peak”, ich reakcje okazały się… delikatnie mówiąc, mocno mieszane. Zamiast przerażającej atmosfery gotyckiego horroru, widzowie dostali opowieść, która bardziej przypominała romantyczną sagę z dreszczykiem emocji, aniżeli rzeczywisty film grozy. Dlaczego więc odbiór filmu tak różnił się od spodziewanych oczekiwań? Niektórzy widzowie pragnęli szukać strachu w ciemnych zakamarkach domostwa, podczas gdy inni zdawali się błądzić w zawirowaniach fabuły jak zagubione dusze.
Miłość w upiornej scenerii, czyli gotyk po nowemu

Fabuła „Crimson Peak” korzysta z tradycyjnych motywów gotyckiego horroru, a jednocześnie przenosi widza do świata tajemnic, zjaw i mrocznych sekretów. Na ekranie pojawia się Edith, natchniona młoda pisarka przyciągająca tajemniczego angielskiego arystokratę, Thomasa. Wszystko wydaje się być na swoim miejscu – mrok, miłość i mrożące krew w żyłach duchy. Jednak pojawia się pytanie, do kogo należy to zjawisko, które zamiast przerażać, bardziej przypomina próbę dominacji nad widzem? Mimo dobrych efektów wizualnych i pięknych kadrów, emocji brakuje. Niektórzy widzowie czuli się jak w teatrze – mieli ochotę się śmiać, a nie krzyczeć z przerażenia!
Film nie straszy jedynie potworami, ale także fabularnymi zawirowaniami, które w obliczu krwawych intryg sprawiają, że postacie biegające po posiadłości przypominają raczej postaci z reklamy baterii niż bohaterów klasycznego horroru. Kolejne postaci, raz ranne, raz pełne energii, przenikają w zakłopotanie. W jednym momencie Lucille, grająca w tej mrocznej grze, ściga Edith z toporem w stylu komediowym, a w innym – zrzuca ją przez okno, grożąc jej. Czyżby to był nowy sposób na odświeżenie schematów w horrorach? Odpowiedzi szukać można w mrocznych zakamarkach naszego strachu oraz satysfakcji płynącej z lekkiego chaosu w opowiadaniu.
Niezależnie od tego, czy widzowie ubolewają nad porażkami „Crimson Peak”, czy wręcz przeciwnie, chwalą niezwykłe zdjęcia oraz estetykę, z pewnością nie można zaprzeczyć, że film del Toro wzbudził wiele emocji, chociaż może niekoniecznie tych, których się spodziewano. Poniżej przedstawiamy kilka najważniejszych czynników wpływających na odbiór filmu:
- Tradycyjne motywy gotyckiego horroru
- Romantyczna fabuła z dreszczykiem emocji
- Kontrast między powagą horroru a komediowymi elementami
- Nowe podejście do postaci horrorowych

Być może del Toro celowo podążył w stronę pokręconej komedii, a może tylko zabawił się w „Babadook” z odrobiną szaleństwa? W każdym razie, nie ma jednego rozwiązania, przez co wyprawa do krwawych wzgórz staje się ekscytującą przygodą, w której każdy widz może odnaleźć coś dla siebie – nawet w chmurze rozczarowania.